Katechetyczne jajka mądrzejsze od… kurii

Niezależnie od lamentów i westchnień uczniów i nie mniejszych utyskiwań nauczycieli, wakacje dobiegły końca. Jak zwykle tuż przed ich końcem, w diecezjach odbywały się odprawy (kongregacje, konferencje…) katechetyczne. Można było usłyszeć mniej lub bardziej ciekawe wystąpienia zaproszonych prelegentów, a nade wszystko spotkać znajomych. Mnie także udało się spotkać moich dawnych studentów i zamienić z nimi kilka słów. Kolejny raz usłyszałam też od nich, że – wbrew najszczerszym intencjom – czasem nie mogą oni postąpić zgodnie z przepisami i własnym sumieniem i wybrać podręczników do religii nakazanych przez władze diecezjalne.

Odkąd po raz pierwszy usłyszałam na wykładzie z katechetyki fundamentalnej o zasadach wyboru podręcznika do religii, było dla mnie oczywiste, że wybór ten podyktowany jest decyzją biskupa. Zasada jest dość prosta. Czemu więc wciąż nie brak tych, którzy ją łamią?

Przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi. Pierwsza dotyczy katechetów, których widzimisię znaczy dla nich więcej niż wszelkie regulacje prawne. Ta grupa doskonale wie, która seria (lub które serie) podręczników są nakazane w ich diecezji. Nie przeszkadza to im w wyborze zupełnie innych, ponieważ te nakazane – ich zdaniem – są złe. Nieciekawe, nieatrakcyjne, za drogie… Można tutaj spotkać wiele innych uzasadnień. Opinie takie wydają zastępy katechetów, którzy są pierwsi w krytykowaniu dostępnych materiałów, ale ostatni w daniu czegoś alternatywnego… To nic, że większość serii podręczników ma swoje portale internetowe i zachęca do dodawania pomysłów… Katecheci, o których mowa – choć tak genialni w recenzowaniu konspektów innych – nie podzielą się choćby okruszkiem swego geniuszu i nie udostępnią ani jednej lekcji.

Druga odpowiedź dotyczy tych, których los targa z diecezji do diecezji… Czy to za własnym natchnieniem, czy decyzją przełożonych, przeprowadzają się i nie zapominają przy tym spakować starych przyzwyczajeń. Również tych katechetycznych… Zdarza się, że na terenie nowej diecezji obowiązują inne podręczniki, niż w dotychczas zamieszkiwanej. Nie szkodzi… – usprawiedliwiają się – przecież prawdy wiary są te same, a do nowych podręczników trzeba by było opracować tyle rzeczy! Nowe rozkłady materiału, nowe wymagania, ba! Trzeba na nowo przygotować się do inaczej brzmiących tematów… Basta! W nowym miejscu pracy wyjmują stare notatki. Czasem wizytator wpadnie i zwróci uwagę, że podręcznik nie taki, jak trzeba… To nic! Może się uda… (tu dochodzi geniusz niektórych wizytatorów, którzy poza zwróceniem uwagi katechecie nie robią nic więcej…).

Szkoda, że katecheci, o których dziś piszę, są tak egoistyczni i krótkowzroczni. Zdarza się, że po wakacjach zastąpią ich nowi, ale – z konieczności wejdą w „w buty” swych poprzedników, bo podręczniki były wybrane pod koniec poprzedniego roku szkolnego… Cóż z tego, że do pracy – czasem swej pierwszej – przychodzi pełen zapału i radości katecheta? Jeszcze przed pierwszym dzwonkiem zamartwia się, że zmuszono go do działania wbrew decyzji lokalnej władzy kościelnej… Drodzy katecheci, którzy znaleźliście się w takiej sytuacji – zachęcam Was do zgłaszania tego! Mail czy telefon do wydziału katechetycznego nie tylko ukoi Wasze sumienie, ale i pomoże rozwiązać tę sprawę w przyszłości. Zasady wyboru podręcznika to jedna kwestia, a przecież w parze z nią idzie zasada, by nie zmieniać serii na przestrzeni etapu edukacyjnego – cóż zatem robić w przyszłym roku? Odpowiedzi na to pytanie szukajcie we własnym wydziale katechetycznym, bo to jego przedstawiciele złożą Wam wizytę 🙂 A wtedy nikt inny, jak właśnie Wy będziecie świecić oczami za swych umiłowanych poprzedników – jajek mądrzejszych od kurii…eee… kury 😉

O uderzaniu w stół, nożycach i nożu w kieszeni…

Powyższy tytuł jest nieco przekorny, bo tak naprawdę to dziś będzie o pewnym olśnieniu, jakiego doznałam podczas sympozjum na X zjeździe Towarzystwa Naukowego Franciszka Salezego w Lądzie nad Wartą. Tegoroczne obrady koncentrowały się wokół młodzieży i jej religijności. I tu przechodzimy do pierwszych dwóch członów tytułu… Uderz w stół, a wiadomo, co zrobią nożyce… Wystarczy, że ktoś zwróci uwagę na słabnące od kilku lat praktyki religijne młodzieży, a zaraz odezwą się zewsząd głosy grzmiące: to takie są efekty nauczania religii??! W takich momentach nóż w kieszeni otwiera się… Czasem głosy te należą nawet do biskupów. Na szczęście wypowiedziom pojedynczego biskupa w takim czy innym medium nie przysługuje nieomylność. Czy bowiem osoby sugerujące zależność praktyk religijnych od uczęszczania na lekcje religii zastanowiły się, jak mogłyby wyglądać te praktyki, gdyby nie owe lekcje? Oczywiste jest, że nie, a zatem skąd przekonanie o takiej zależności? Co najmniej tak samo pewne jest, że dzięki lekcjom religii odstetek młodzieży praktykującej jest aż tak wysoki.

Niech zatem nożyce sobie brzęczą a nawet brzmią w duecie z cymbałami… Olśnienie, o którym wspomniałam,, przyszło gdy jeden z prelegentów poruszał temat odchodzenia od Kościoła. Tam również pojawił się wątek lekcji religii. Ośmielam się nazwać tę moją refleksję olśnieniem, ponieważ do tej pory tak o tym nie myślałam – jeśli Ty, drogi Czytelniku, wpadłeś na to sto lat temu, to wybacz, że zabieram Twój cenny czas. Otóż – czy zważywszy na regulacje prawne dotyczące nauczania religii, możemy prosto przejść do stwierdzenia, iż rezygnacja, wypisywanie się z lekcji religii to odchodzenie od Kościoła? Wszak nieustannie powtarza się tak zwolennikom, jak i przeciwnikom nauczania religii w szkole, iż w lekcjach tych może uczestniczyć każdy – wierzący, niewierzący, poszukujący, wyznawca innej religii… Czy ktokolwiek badał religijność tych, którzy wypisują się z religii? Za kogo uważają oni samych siebie? Kim istotnie są? Jeśli przykładowo na religię w gimnazjum przez dwa lata chodziła osoba niewierząca – rodzice posyłali ją, ponieważ lekcja była w pośród innych zajęć, a uczestnictwo w religii zapewniało dziecku bezpieczeństwo a przynajmniej likwidowało okienko. Załóżmy, że w klasie 3 gwiazdy bardziej sprzyjały owej rodzinie i religia była ostatnią lekcją w planie – czy wypisanie tego dziecka z przedmiotu można jakkolwiek uznać za odchodzenie od Kościoła?

Jestem świadoma tego, że wypisywanie się w znacznej mierze dotyczy szkół ponadgimnazjalnych, ale i tam pamiętajmy, że uczniowie nie toczą sporów jak my, katechetycy i nie rozważają, czy lekcja religii to katecheza, czy wypełania wszystkie trzy funkcje katechezy, czy może dwie, dwie i pół albo półtorej? Dla nich lekcja to lekcja! Owszem, znacząca jest osoba katechety i czasem wypisywanie się z lekcji jest odejściem od tegoż katechety, a nie – od Kościoła, który go posyła. To oczywiście jeszcze inna kwestia, o której można pisać długo i namiętnie i nie wykluczam, że kiedyś to nastąpi. Póki co jednak apeluję – nie walmy bezmyślnie w stół obarczając lekcje religii w szkole odpowiedzialnością za wszelkie kryzysy religijne. Próbujmy też uciszać nożyce, które tak chętnie podłapują wątek. A kiedy już będziemy świadkami takich „nagonek” i nóż nam się w kieszeni otworzy, nie używajmy go inaczej, jak tylko po to, by wystrugać merytoryczną i rzeczową odpowiedź walącym w stół i nożycom 🙂

Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim katechetom dogodził…

Choć kalendarz skłania raczej do innego typu refleksji, to podejmowana przeze mnie ostatnio działalność zmusza do zastanowienia się nad tym, czego chcą katecheci? I czy w ogóle da się odpowiedzieć na to pytanie? Przecież tak naprawdę, to ilu katechetow, tyle stanowisk… przynajmniej w zaokrągleniu. Ale zacznę od początku 🙂

Ilekroć korzystałam z podręczników do religii – czy to w szkole, czy w przedszkolu – oczekiwałam, że znajdę w nich taką pomoc, która pozwoli mi na to wszystko, o czym piszą dydaktycy w mądrych księgach, rozwodząc się nad rozlicznymi funkcjami podręcznika szkolnego. Podstawowe dla danego tematu treści, zainteresowanie zagadnieniem, ćwiczenia, zachęta do refleksji, skłonienie do dalszych poszukiwań, do tego ciekawa szata graficzna, atrakcyjne z punktu widzenia odbiorcy ilustracje… Mało co irytowało mnie tak bardzo, jak konieczność pracy z podręcznikiem odziedziczonym „w spadku” po poprzednim katechecie – zwłaszcza, gdy naruszał on prawa biskupa na danym terenie czyli był innym podręcznikiem niż nakazany 🙂 Bardziej chyba tylko złościło mnie, gdy ów nakazany okazywał się wyjątkowo nietrafiony…

Ale skoro już o trafieniu czy nietrafieniu mowa… Czegóż może oczekiwać od podręcznika katecheta, dajmy na to – uczący w przedszkolu? Biorąc pod uwagę, że i tak biedaczyna naszuka się pomocy dydaktycznych, nawycina i nakoloruje, to można sądzić, iż marzy o takim podręczniku, w którym dzieci będą miały co robić. Interesujące ćwiczenia, koniecznie z naklejkami przynajmniej co kilka stron, do tego mądre polecenia, które będą wspierać wszechstronny rozwój dziecka… W każdym razie katecheta ucieszy się z książki, znad której połowa dzieci nie zawoła po minucie „juuuuż”, podczas gdy on sam nie zdąży nawet jeszcze pozbierać swoich zabawek… Tak przynajmniej sądziłam…

Niestety… wśród katechetów są jeszcze „oni”. „Oni”, którzy recenzują podręcznik na podstawie ilości stron, ilość tekstu, poleceń… Nawet nie spojrzą, jakie są te treści, jakie polecenia… ważne, że jest ich „za dużo”. Tną wzrokiem bezlitośnie kolejne wersety, w tym także biblijne, bo przecież dziecko małe to mało potrzebuje… Ach, jeszcze mają w zanadrzu koronny argument – „bo w innych podręcznikach jest mniej…”. Pełnię satysfakcji osiągają zadając dzieciom jedno jedyne zadanie zamieszczone w podręczniku. Prawdopodobnie preferują polecenia proste, które dziecko jest w stanie samo zrozumieć (np. pokoloruj według wzoru…). To nic, że dzieci zużywają już drugi komplet kredek, co drugie z nich regularnie na religii narzeka, że nie ma takiego koloru jak ten, którego użyli autorzy… co trzecie przebąkuje pod nosem, że nie znosi kolorować… Nic to… katecheta, o którym piszę, wie lepiej… przeszkolaki powinny lubić kolorowanie.

Załóżmy, że autor podręcznika niechętnie, lecz wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom tych ostatnich, o których mowa… Zredukuje liczbę poleceń, skróci teksty do niezbędnego minimum, wytnie, co się da… A po pierwszym miesiącu usłyszy, że (inni) katecheci narzekają, bo mają za mało materiału i muszą szukać dodatkowych kolorowanek, kopiować zadania… Moja wyobraźnia podsuwa taki scenariusz, wielce prawdopodobny. Póki co faktem jednak jest, że ostatnią noc spędziłam na cięciu materiału już przygotowanego, bo pojawili się domorośli recenzenci, chcący uchronić przedszkolaki przed ogromem treści. Czy jednak teoretycznie chroniąc tych najmniejszych, nie odsłonili przypadkiej swojej… (katechetycznej) małości?

Ja tylko pytam 🙂 Odpowiedzi czytelnik udzieli sobie we własnym zakresie 🙂

 

 

 

 

Gotując się do katechezy…

Dziś podczas omówień praktyk usłyszałam od studenta bardzo ciekawą metaforę – pan Adam (obiecałam, że podam autora 😉  stwierdził, iż z początkującym katechetą jest trochę jak z gotowaniem… Najpierw trzeba trzymać się ściśle przepisu, czyli wzorować na kimś, kto jest doświadczony. Z czasem poznane przepisy można wzbogacać, modyfikować, aż w końcu dochodzi się do takiej perfekcji, że znane potrawy robi się już bez jakiegokolwiek wspomagania.

Świetna myśl! Od razu podkreślę, iż owym przepisem jest wzór katechety obserwowanego na praktykach (bądź innego, którego działania dane było doświadczyć). Bynajmniej nie chodzi o „przepisy na lekcje” zawarte w poradnikach metodycznych, bo o tych mam swoje zdanie (być może nawet kiedyś je wyrażę na tymże mocno kulejącym blogu). Gdyby zechcieć rozszerzyć ową kulinarną metaforę katechetyczną, można pójść o krok dalej… Każdy katecheta w miarę upływu lat, wraz z wzbogacającym się doświadczeniem, specjalizuje się w wybranym rodzaju potraw… Można to rozumieć jako specjalizację do konkretnej grupy wiekowej (pewnie każdy pomyśli, że przedszkolaki to jak cukiernia… małe słodziaki… a figa z makiem! Zawsze będę uważać, że to najwyższa szkoła jazdy! 😉 Ów rodzaj dań czy potraw to może też być… styl katechety. Jedni przemawiać będą do uczniów wspomnianą słodyczą… Jeszcze inni preferują dania na ostro, a ich charrrakter dodaje pikanterii zajęciom. Zdarzają się i miłośnicy egzotycznej kuchni. Wiadomo jednak, jak to jest z egzotyką… nie każdemu smakuje… W związku z tym odkrywcy smaków świata bywają niepocieszeni, że tak się przecież starali… czego to oni nie wymyślili.. a banda niewdzięczników w ławkach nie doceniła ich gustu…    Cóż, de gustibus non est disputandum, zatem idziemy dalej w naszym katechetycznym menu. Są tacy, którzy mimo upływu lat nie odważą się na kulinarne wariacje – nie oddalą się od przepisu ani na szczyptę – i tak do emerytury. Wreszcie trzeba dostrzec tych, którzy bezkrytycznie mieszają przepisy, przekonani, że ich zapał i wiara w to, że potrafią –  są wystarczającym gwarantem owocności potrawy zwanej szeroko katechezą (tak, tak… sprawa dotyczy zarówno szkolnych lekcji religii, jak i katechezy w parafii). Cóż… Nie trzeba nikogo przekonywać o tym, że nie jest dobrze, gdy zupa jest przesolona… Nie wystarczy też wrzucenie do garnka wszystkiego, co pod ręką, by dobrze smakowało… Jakie mogą być konsekwencje beztroskich wariacji samozwańczych szefów kuchni? Nikomu nie trzeba tłumaczyć. Podsumowując… chrońmy szeroko pojmowaną katechezę przed takimi kucharzami… 😉

 

O babciach i dziadkach w… katechezie :)

Zarówno kalendarz, jak i grafika google oraz milion innych rzeczy przypominają, że dziś Dzień Babci, zaś jutro – Dzień Dziadka. Jakże piękne to dni! Czy jednak aż tak piękne, by pisać o nich na katechetycznym blogu? A owszem! A wręcz – odkurzyć bloga po dłuuugim czasie 🙂

Każdy, kto ma nieco więcej wspólnego z katechezą słyszał zapewne, iż rodzice nazywani są pierwszymi katechetami. Co najmniej tyle samo osób zdaje sobie sprawę z tego, że coraz marniej owi pierwsi katecheci wywiązują się ze swoich obowiązków… Na szczęście nie wszyscy, ale każdy wyczuwa, że mogłoby – a wręcz: powinno! – być lepiej. Jednak nie o tym miało być, zatem dajmy spokój rodzicom, a sięgnijmy myślami do ich zacnych poprzedników. Wpierw z oczywistych względów do naszych własnych… Trudno nie uśmiechnąć się, gdy w myślach goszczą babcia i dziadek. Nawet jeśli ci dzisiejsi odbiegają wizerunkiem od klasycznych babć z siwym koczkiem w okularach i wąsatymi dziadkami z łysiną, to przecież ich baciowatość i dziadkowatość nie uległa zmianie. Dla swoich wnucząt zrobią wszystko, a na pewno rozpieszczą, na ile tylko są w stanie to uczynić. Co ma z tym wspólnego katecheza? Ano to, że również w kwestii wychowania religijnego w wielu domach to oni działają w sposób szczególny.

Przez kilkanaście lat katechizowania dzieci widziałam wiele babć, wielu dziadków, którzy wiedząc, że jestem „panią od religii”, już z daleka witali się ze mną. Wyczuwałam wręcz, że dla wielu z tych osób znaczące jest właśnie to, że jestem osobą uczącą o Bogu, a pozdrawianie mnie jednoznacznie potwierdzało, jak ważny jest dla nich Ten, o którym mówię ich wnuczętom. Zresztą dzieci wielokrotnie potwierdzały, że to właśnie babcia lub dziadek nauczyli je modlitwy, prowadzili do kościoła, otwierali Biblię… u babci w pokoju dzieci widziały różaniec czy krzyż lub obraz na ścianie u dziadka. Jakiż to skarb! Jakież to piękne, że babcie otwierają przed wnukami nie tylko spiżarnię czy książkę z bajkami, ale także świat religjnych przeżyć.

Zdarza się, że religijny przekaz w ustach babć i dziadków nie jest wolny od „bozi”, zdrobnień czy straszenia Panem Bogiem, gdy za oknem uderzy piorun. Naszą rolą – katechetów posyłanych przez Kościół – jest wówczas weryfikować obraz Boga i pojęcia, które dziecko dotąd znało. Jednak mimo wszystko winniśmy wdzięczność każdej babci i każdemu dziadkowi, za sprawą których wnuczek oderwał wzrok od komputera i skierował go na Jezusa – na krzyżu, w Biblii, na obrazku czy w Najświętszym Sakramencie. Winniśmy wdzięczność za to, że nauczyli swoje trzy-czteroletnie skarby składania rąk czy słów modlitwy. Mistrzem świata w tej kategorii była dla mnie w ubiegłym roku dziewczynka w przedszkolu która nie omieszkała pochwalić się, że babcia nauczyła ją modlitwy, po czym owa pięciolatka wyrecytowała bezbłędnie modlitwę do św. Michała Archanioła. Można? Można!

Niewątpliwym nadużyciem byłoby stwierdzenie, iż dziś religijność w rodzinach osłabła, ponieważ trudniej o rodziny wieolopokoleniowe. Ale też trudno nie dostrzec, że istotnie coraz częściej rodzice i dzieci mieszkają z dala od dziadków… Tymczasem babcia i dziadek bardzo często „katechizują” nie tylko słowem, ale i czynem – świadectwem. Kiedy stroją się co niedzielę do kościoła, kiedy pędzą co wieczór na różaniec lub co rano na roraty… Kiedy w oknie stawiają gromnicę, a drzwi co roku na nowo opatrują imionami Mędrców… Czyniąc to wszystko świadczą wobec swych wnucząt o Bogu – potwierdzają, jak ważny jest On w ich życiu, a nierzadko opowiadają o tym, zapytani przez swe dociekliwe skarby. Pamiętajmy zatem o babciach i dziadkach – naszych własnych, ale i babciach i dziadkach naszych uczniów. Dziękujmy za nich – niezależnie od tego, czy możemy spotkać ich na ulicy, czy też wędrują już ku Bogu, by odebrać swą nagrodę w niebie! 🙂

 

 

Rzecz o tym, dlaczego opuściłam grupę „Prawo oświatowe…” na facebooku

Długo dojrzewałam do tej decyzji, aż wreszcie dziś podjęłam ją… jednym kliknięciem (o, przepraszam! Dwoma czy nawet trzema, bo wpierw zaznaczyłam opcję „przestań obserwować grupę”, dopiero potem zmieniłam na „opuść grupę”, po czym musiałam jeszcze poświęcić jedno kliknięcie na potwierdzenie decyzji…). Ale od początku…

Od dłuższego czasu przeglądając dyskusje członków wspomnianej grupy, na przemian wzbierały we mnie irytacja i żal… Wpierw irytacja, ilekroć widziałam wpisy z prośbami w stylu „jak trzeba przygotować się do egzaminu na nauczyciela mianowanego?” lub „czy macie IPET dla aspergerowca…?”. Jakże uniknąć irytacji, skoro w pierwszym wypadku sprawa jest nie tylko uregulowana odpowiednimi przepisami, które wypadałoby znać, ale także szeroko potraktowana przez różnych specjalistów w publikacjach. W drugim wypadku – jak można być tak nieodpowiedzialnym, by programy dla dzieci o szczególnych potrzebach ściągać z Internetu? Rozumiem – szukać pewnych wzorów, wskazań… jeszcze do przyjęcia byłoby posiłkowanie się IPETem innego dziecka z tej szkoły, które się zna i dostrzega się pewne cechy wspólne z tym, dla którego IPET ma być stworzony… ale tak po prostu, od zupełnie obcych ludzi??!! Koniec świata!
Zaraz po irytacji przyszedł jednak żal… Żal, że te osoby sugerujące brak należytych kompetencji lub pracowitości, pracują z dziećmi bądź młodzieżą! Przykre, bardzo przykre… Nie od dziś jednak śmiem twierdzić, że w wielu wypadkach nauczyciel przestał być powołaniem, a stał się zawodem.
Inną kwestią znamienną dla internetowych dyskusji (m.in. na wspomnianej grupie, której członkinią nie jestem od blisko kwadransa) jest słowo-klucz, odmieniane przez wszystkie przypadki (warto przy tym zauważyć, że słówko na dobrą sprawę nie powinno zagościć w słowniku języka polskiego, a gości – sic!). To słowo to… hejt! Niechże tylko ktoś  uświadomi publicznie innej osobie, że pewne rzeczy trzeba umieć, a nie tylko potrafić wyszukać w Internecie, od razu zostanie okrzyczany hejterem! Nie od dziś wiadomo, że prawda w oczy kole, zatem ci, których oczy wyjątkowo cierpią wobec prawdy, atakują udając, że to oni są atakowani.
Właściwie może rzeczywiście wystarczyło wyłączyć powiadomienia od owej grupy… Ale nie, to by było za mało… Poza zalewającą grupę falą niedouczenia przeradzającą się w falę rzekomego hejtu, jeszcze jedna sprawa kazała mi uciekać stamtąd… Mianowicie – wzajemny stosunek nauczycieli do siebie. Przerażające jak ci, którzy mają uczyć i wychowywać, sami okazują się nie dość, że niedouczeni, to jeszcze niewychowani czy wręcz źle wychowani. Totalny brak szacunku, zajadłość, agresja, z jaką komentują inaczej myślących… nie, nie, nie… to nie dla mnie!

Odeszłam i.. nie żal mi ani trochę. Oczywiście wiem, że to, iż nie będę czytać wpisów i komentarzy nie oznacza, że ich tam nie będzie. Nie widzę jednak powodu, dla którego miałabym tkwić w grupie, która zupełnie kłóci się z moim postrzeganiem rzeczywistości pedagogicznej.  Mam nadzieję, że poprzez moją działalność udaje mi się przekazywać co nieco z tejże może nieco idealistycznej wizji. W czasie wyznaczonych godzin wykładów czy ćwiczeń na pewno nie uda mi się przekazać wszystkiego. Przez bloga czy inne środki przekazu – również nie. Jednak jeśli nauczyciel  -a zwłaszcza nauczyciel religii, bo tacy są szczególnie bliscy memu sercu – będzie uformowany w trzech obszarach wskazanych przez Dyrektorum ogólne o katechizacji – „być, wiedzieć, umieć działać”, to nie będzie radził się na forum czy w internetowej grupie w sprawach, które winien sam rozstrzygać. Nie będzie zabiegał o kolejne stopnie awansu zawodowego, jeśli uczciwie na nie nie zapracuje. Nie będzie atakował ze wściekłością przedmówcy czy komentującego, bo inne ma wzorce traktowania bliźnich.
Tyle na dziś 🙂

Zaktywizować się czas…

Kalendarz jest nieubłagany i coraz bliżej październik… Skruszona próbuję policzyć, jak długo mnie tu nie było… ale przecież dalece ważniejsze jest to, że wreszcie odświeżyłam stronę i postanowiłam dodać nowy wpis. A o czym? Właściwie – o kim? O uczniach. Nie – prymusach, nie – zawsze przygotowanych i podnoszących rękę zanim zadam pytanie, ale tych zupełnie odmiennych. Zacznę jednak od początku 🙂

Wczoraj widziałam Adasia, a właściwie Adama, bo ma już lat naście, a wzrostu prawie dwa razy tyle, co w czasach, gdy go poznałam. Adaś będzie dla mnie jednak zawsze Adasiem, choć wśród rówieśników nazywa się tak, jak wygląda, czyli po prostu „Rudy”. W pierwszej chwili nie skojarzyłam, kto zacz ów miedzianowłosy młodzieniec, który mówi mi „dzień dobry”. Dopiero kiedy minął mnie na dobre uświadomiłam sobie, że to byl „Rudy” – znany wszystkim nauczycielom kolejnych etapów edukacyjnych, kolekcjoner uwag w dzienniczku i innych tego typu atrakcji. „Rudy”, którego czupryna na każdej Mszy świętej z udziałem dzieci przemieszczała się między rówieśnikami i potwierdzała ADHD właściciela. Swego czasu – czyt. w okresie przygotowania do I Komunii świętej – postanowiłam wykorzystać nadpobudliwość Adasia i zgarnęłam go pod kościołem, by rozdawał dzieciom gazetki (tak, tak… kiedy jeszcze w mojej parafii funkcjonowała wspólnota Sióstr Kombonianek, na każdą niedzielę przygotowywałam z wówczas jeszcze narzeczonym gazetki dla dzieci 🙂 Adaś z dumą rozdawał gazetki nie tylko w tamtą niedzielę, ale i wiele następnych. Przy okazji odbyliśmy parę rozmów, a ilekroć spotkałam Adasia koło szkoły lub kościoła, zawsze zamieniliśmy kilka słów. Lata mijały, a Adaś wyrastał… zawsze jednak widząc mnie nie zapomniał przywitać się grzecznie (w wieku gimnazjalnym wykazywał się nawet niebywałą kulturą, ponieważ mówiąc „dzień dobry” był łaskaw wyjąć z ust e-papierosa…). Kiedy wczoraj spotkałam Adasia, naprawdę ucieszyłam się… Te dwa grzecznościowe słówka potwierdziły, że warto było kilka lat temu zamiast „przestań gadać!” powiedzieć: „mam dla Ciebie zadanie”.

Jak pomyślę o minionych latach, to podobnych „Adasiów” było więcej… Nigdy nie kryłam, że często klasowe czy przedszkolne „łobuziaki” ujmują moje serce i – choć nie zabrzmi to skromnie – udaje mi się nawiązać z nimi nić porozumienia… Na szczęście odpowiednio wcześnie intuicja podpowiadała mi, by szukać w nich perły, nie przekreślać, nie kierować się opiniami zasłyszanymi na korytarzu, a między kolejnymi uwagami wpisać pochwałę – choćby najdrobniejszą… Taka cierpliwość czy wyrozumiałość z czasem przynosi owoce i ja obserwuję te owoce ilekroć mijam Adasia i jemu podobnych. Oczywiście mijam też innych, i co? No właśnie… W naszej praktyce katechetycznej spotkamy także i tych zawsze przygotowanych, dobrze ułożonych i w ogóle – och i ach! Takich też mijałam… choćby dziś. Często jednak sytuacja jest zupełnie różna od tej opisanej powyżej… Nie wszyscy, ale niektórzy z tych zawsze porządnych, wręcz – na szóstkę – nawet nie zadadzą sobie trudu powitania dawnego nauczyciela (no tak, przecież już nie jestem im potrzebna… już ktoś inny sprawdza im prace domowe, ktoś inny odpytuje z materiału i ma moc wpisać pochwałę). Co więcej – mijam ich z lekkim rozczarowaniem i… szukam w pamięci ich imion! Czasem to poszukiwanie trwa i trwa i trwa…

Podsumowując te przydługie rozmyślania – zarówno katecheta, jak i każdy inny nauczyciel, spotyka w swej pracy wielu różnych uczniów. Jestem pewna, że każdemu z nich łatwiej przychodzi wymienić tych „ancymonów” i „ananasów”, niż dumnych posiadaczy czerwonych pasków. Katecheta jednak jeszcze mocniej od pozostałych nauczycieli może czuć się odpowiedzialny za dotarcie do tych zagubionych, trudnych, poszukujących… Wszak „nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają”… 🙂

I wciąż się na coś czeka…

I wciąż się na coś czeka… – śpiewała swego czasu Kalina Jęrusik. Śpiewałam z nią i ja, choć oryginalna wykonawczyni nie była tego świadoma… Ale nie o tym tutaj będzie mowa, choć śpiew i katecheza mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się szanownym czytelnikom wydawać 🙂 Czekanie zaś przywołałam w kontekście… sympozjów katechetycznych. A owszem! Konkretnie zaś mojej krótkiej refleksji nad tym, dlaczego tak lubię sympozja i zwykle wracając z jednego już zastanawiam się, kiedy udam się na kolejne…

Nie tak żal upływających wakacji, gdy człowiek pomyśli, że już we wrześniu odbędzie się pierwszy Kongres Teologii Praktycznej, dwa miesiące po nim doroczne ogólnopolskie sympozjum katechetyczne na KUL… Któż wie, co jeszcze przed lub po wynajdę… Już się cieszę na samą myśl o tych katechetycznych ucztach intelektualnych! A dlaczego? Ba! Toż to sama przyjemność!

Niewątpliwą i pierwszorzędną przyjemnością jest to, iż zazwyczaj większe sympozja gromadzą osoby o podobnych zainteresowaniach. To miłe mieć „swoje grono” – mniej lub bardziej zamknięte – specjalistów z danej dziedziny. Sympozja to także radość ze spotkania z tymi, których już dobrze lub całkiem dobrze znam. Poza typowo towarzyskimi rozmowami, jest możliwość wymiany doświadczeń, porównania aktywności w różnych uczelniach, wydziałach. Jeśli jest to sympozjum interdyscyplinarne, tym bogatsze są wrażenia.

Innym walorem, dla którego przemierzam kilometry w kierunku dowolnego ośrodka naukowego, jest „przyrost wiedzy”, czyli mówiąc po ludzku, można dowiedzieć się na sympozjum czegoś nowego, ciekawego. Nie wspomnę już o tych, na których można podzielić się własną refleksją naukową! To dodatkowa atrakcja, o której wrodzona skromność nie pozwala mi pisać w więcej niż dwóch zdaniach 😉

Mówiąc o sympozjach i moim na nie oczekiwaniu, nie byłabym do końca szczera, gdybym pominęła bardzo istotny, choć prawdopodobnie typowo kobiecy punkt widzenia. Otóż na tych wszystkich naukowych zjazdach jest po prostu miło!! To takie wyrwanie z codzienności, gdy nikt nie pyta, czy wstawiłam ziemniaki, czy nie widziałam Zoe Trent (pet shop – zabawka moich dzieci) albo zielonej kredki z kucykami, nie muszę martwić się, że zaraz trzeba pędzić odebrać dzieci ze szkoły (bo zwykle robi wtedy to ktoś inny)… Jak do tego dodać słyszane czasem komplementy – czy to pod adresem mojej działalności katechetycznej, czy kwestii pozanaukowych ;), to jasne staje się, że sympozja zapewniają mi równowagę pomiędzy wysiłkiem wkładanym na co dzień w realizację obowiązków zawodowych, a przyjemnością z ich wypełniania. Czyż może być co piękniejszego? Pewnie może, ale o tym innym razem 😉

Gdy się turla to, co miało się kręcić…

Kilka dni temu umieściłam na facebookowej stronie Koła Naukowego Katechetyków UKSW wpis o Orlej Perci. Jaki ma ona związek z katechetyką? Ano taki, że szlak został wytyczony przez wybitnego katechetyka, ks. Walentego Gadowskiego (http://portaltatrzanski.com/historia/item/2250-ks-walenty-gadowski )

Z okazji 110 rocznicy Orlej Perci zaproponowałam sympatykom Koła konkurs – wystarczyło krótko opisać w komentarzu jedno z katechetycznych osiągnięć ks. Gadowskiego. Wpis został dodany 14 lipca o godz. 12.17, do tej pory dotarł do 232 odbiorców, zyskał jedno polubienie (choć jedna osoba rozumie ideę social media… 😉 Ba! Zapewniłam o nagrodach! Oczyma wyobraźni widziałam już te prześcigające się pomysłowością wpisy, dlatego zaproponowałam, że nagrodzimy więcej niż jedną odpowiedź. My – to nie tyle pluralis majestatis, ile wyraz niegasnącej nadziei, iż na aktywności Koła zależy więcej niż jednej osobie… I tu dochodzimy.. przepraszam.. dochodzę do istoty dzisiejszego wpisu – czy aby na pewno?!

Na moje nieszczęście pamiętam doskonale czasy, gdy byłam zastępcą prezesa Koła. Zastępca – to brzmiało dumnie, ponieważ prezesem był zawsze ktoś z kolegów-księży, zatem w organach Koła było podobnie jak w rodzinie – była głowa i szyja, która głową kręci 😉 W każdym razie Koło kręciło się, a dziś? Mam świadomość tego, że narażę się niektórym… Dziś raczej się turla… Dam jednak nieco odetchnąć członkom Koła i opiszę sprawę odnosząc się do nieco szerszego grona.

Tym, czego brakuje mi u wielu dzisiejszych studentów, doktorantów, członków koła ect. jest zapał. Zapał, z którym podejmą kolejne inicjatywy, podzielą się nimi na facebooku, twitterze, snapchacie i gdzie tam jeszcze siedzą… Zapał, dzięki któremu nakreślą kolejne cele, zanim zaczną martwić się, jak je zrealizują i czy będą mieli za to zaświadczenie. Zapał, który udzieli się następnym i następnym… nakręcając działanie naszego Koła. Ilekroć zaczynam o tym myśleć, mam przed oczami gablotkę katechetyki w uczelnianym korytarzu. To nic, że teraz mało kto ją mija – ze względu na remont starego budynku i zamknięcie łącznika. Nawet zanim zaczęto prace remontowe, „aktualizacja” gablotki następowała wtedy, gdy sama o nią zadbałam. Gablotka jest passe? Przyjrzyjmy się zatem stronie na Facebooku. Ilekroć członkowie Koła zapraszani byli na organizowane (ciekawe, przez kogo…) wydarzenie – comiesięczne spotkanie, zaledwie cząstka raczyła potwierdzić swą obecność. Ilekroć pojawiał się nowy wpis, mało kto polubił, udostępnił…

Na ostatnim spotkaniu Koła przed wakacjami poruszono trochę tych kwestii, zaplanowano nawet pewne zmiany. Już nie mogę doczekać się października, by przekonać się, czy te zmiany dojdą do skutku.

Niektórzy być może stwierdzą, iż jestem zła na ten stan… Ale nie jestem (co bynajmniej nie oznacza, że nie zezłościłam się raz czy drugi przy konkretnej okazji 🙂 Jest mi przykro… Przykro i żal – szczególnie, gdy przypomnę sobie słowa ś.p. Ks. prof. R. Murawskiego, który w 2014 roku stwierdził, iż jeszcze nigdy Koło Naukowe Katechetyków nie działało tak prężnie… Czyż nie jest to zobowiązujące?!

Być może pierwsze spotkanie Koła w nadchodzącym roku akademickim trzeba będzie rozpocząć od odczytania Statutu… A może lepiej od szczerej rozmowy z uczestnikami, by mogli wypowiedzieć swe oczekiwania względem Koła, ale i wyrazili swe zamiary zaangażowania w działalność organizacji. Pewne jest jedno – wspólnymi siłami trzeba będzie zastanowić się, co robić, by je rozkręcić. Inaczej gotowe zupełnie się stoczyć…

(wczoraj zapewniałam, że jutro będzie bardziej optymistycznie… Cóż… jutro też jest jutro 😉

 

A wszystko przez…

Myli się ten, kto sądzi, iż w niniejszym wpisie odnajdzie jednoznaczne wskazanie osoby czy osób odpowiedzialnych za jakiekolwiek niepowodzenia – naturalnie związane z katechizacją i nauczaniem religii, zgodnie z naczelnym tematem mojego bloga. Niewątpliwie jednak słyszy się czasami twierdzenie, iż niezbyt optymistyczne owoce szkolnego nauczania religii w znacznym stopniu wiążą się z księżmi w roli katechetów. Niewątpliwie, bo i sama czasem ośmielałam się tak twierdzić, zaznaczając przy tym, iż nie wątpię w istnienie absolutnie genialnych księży-katechetów, których zaangażowanie i posługa są wspaniałe i nic, tylko brać z nich przykład… Jednocześnie jednak pozwalam sobie na takie twierdzenia, ponieważ zdarzają się i tacy, którzy są mniej lub bardziej przymuszani do pracy w szkole, podczas gdy ich serce aż się rwie do działań duszpasterskich w parafii. Nie wnikając w tym miejscu w motywy posłanych do szkoły (czy też posyłających…), pragnę podzielić się pewnym ciekawym odkryciem, dzięki któremu w przyszłości nieco ostrożniej będę formułować przytoczone powyżej opinie.

Kontynuując wczorajszy wątek szukania w starociach sięgnęłam dziś po pozycję liczącą sobie ni mniej, ni więcej, ale dokładnie 100 lat. Ot, „Miesięcznik Katechetyczny i Wychowawczy” ze stycznia 1916 roku. Zaglądam i…cóż widzę? Już wtedy niejaki M. Paciorkiewicz (świecki!) w swym artykule „Trudności w problemie wychowania” stwierdził: „Przypomina mi się tu zarzut, uczyniony u nas duchowieństwu, jakoby to ono (mianowicie katecheci w szkołach) było jedną z przyczyn wzrastającej niewiary wśród dzisiejszej młodzieży. Zarzut niesłuszny o tyle, że nawet, jeżeli istotnie dzisiejszym katechetom niejednego brak – a któżby śmiał twierdzić, że jest doskonałym? – to te braki są znacznie mniejsze niż były przed laty kilkudziesięciu, a jednak wówczas na upadek wiary tak nie skarżono się, jak dzisiaj”.

Hmm… trudno odmówić słuszności temu spostrzeżeniu… Nauczanie i wychowanie dziś jest wyjątkowo trudne – choćby z tego względu, że coraz ciężej nauczycielom znaleźć sojusznika. Dom i środowisko rodzinne nie zawsze hołduje tym samym ideałom; szczególnie formacja religijna jest nierzadko spychana nie dość, że na odległe miejsce w hierarchii, to jeszcze pozostawiana innym – nieliczni tylko rodzice wywiązują się ze swej roli pierwszych katechetów.

Ale skoro tak… wracamy do punktu wyjścia 😉 – to tym bardziej istotne jest, kto i jak będzie wypełniał te wszystkie braki. Skoro dla wielu uczniów szkolne nauczanie religii pozostaje jedyną formą nauczania i wychowania religijnego, to warto powierzać je jak najlepszym nauczycielom, wychowawcom!

Oczywiście, logika podpowiada, że lepiej z powierzonych zadań wywiązują się ci, którzy z własnej woli podejmują daną działalność – a za takich można postrzegać katechetów świeckich (niestety, ostatnio coraz częściej zaczynam wątpić w tę prawidłowość…).  Od wszystkich pozostałych – nauczających nieco wbrew własnej woli – można jedynie oczekiwać, by wykazali się ludzką przyzwoitością i jak najrzetelniej wypełniali swe obowiązki, za które przecież otrzymują wynagrodzenie.

Na wypadek, gdyby nie wybrzmiało to w powyższym tekście – jestem przekonana, że są rzesze wspaniałych katechetów – zarówno świeckich, jak i księży (co do tych ostatnich nie muszę daleko szukać, bo mam przykład we własnej parafii 😉 Tym wszystkim wspaniałym osobom dziękuję i cieszę się ze wszystkim razem i każdego z osobna 🙂

Pozostali zaś nie są warci tego, by tracić więcej czasu na pisanie o nich, zatem to by było na tyle… Następnym razem obiecuję, że będzie bardziej optymistycznie 🙂