Bo „Podstawa…” to… podstawa!

Wczoraj do mediów katolickich dotarła informacja, iż „na trwającym w Janowie Podlaskim 379. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski biskupi zatwierdzili nową podstawę programową katechezy Kościoła katolickiego w Polsce. Przyjęty dokument posłuży do opracowania szczegółowych programów nauczania religii w szkole” (https://ekai.pl/episkopat-przyjal-nowa-podstawe-programowa-katechezy/ ). Nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy, ponieważ miałam przyjemność znajdować się w gronie autorów opracowujących to dzieło. W związku z tym wiem, jak wiele było dyskusji wewnątrz poszczególnych zespołów i wszystkich autorów razem wziętych, konsultacji z różnymi osobami, poprawek i analiz podstawy programowej kształcenia ogólnego (PPKO)… Słowem – katecheci otrzymają dokument solidny, przemyślany (i przemodlony 🙂 ), standardami nie odbiegający od PPKO, a wręcz muszę przyznać, iż od strony formalnej i koncepcji nawet bardziej dopracowany, choćby w zakresie poprawności zapisu treści wymagań edukacyjnych czy innowacji, jaką będą wprowadzone na poszczególnych etapach „postawy”. Bynajmniej nie będą one podlegały ocenie, co jest wyraźnie wskazane, jednak są kluczowe z punktu widzenia wychowawczej funkcji katechezy i formacji uczniów.

Po co zatem piszę o świeżo zatwierdzonej „Podstawie programowej katechezy Kościoła katolickiego”? Ano po to, by uprzedzić głosy malkontentów, których nigdy nie brakowało i z pewnością nie zabraknie także odnośnie do omawianego dokumentu. Jestem pewna, że takowe pojawią się, dlatego zanim niektóre osoby zaczną rzucać kamieniami, postaram się wytrącić im kilka kamyków z rąk.

Oczami wyobraźni widzę odczytujących z niesmakiem wymagania edukacyjne i wykrzykujących z oburzeniem, że dzieci tego nie zrozumieją! I bardzo dobrze, bo „Podstawa programowa katechezy” to nie lektura z kanonu czy czytanka, by mieli zapoznawać się z nią uczniowie. To dokument służący autorom programów, podręczników oraz katechetom, by opracowując rozkłady materiału i wymagania programowe na poszczególne oceny  (tak.. wiem… brzmi abstrakcyjnie w dobie „gotowców” na stronie wydawnictw!) potrafili wskazać i uświadomić sobie oczekiwania względem ucznia w zakresie poszczególnych zagadnień.

Inni nosiciele kamieni mogą z lubością wytykać, że „tego nie ma… tamtego nie ma…”. Ależ oczywiście, że w „Podstawie…” nie znajdziemy wielu zagadnień szczegółowych, bo… nie tam jest ich miejsce! Jak nazwa wskazuje, podstawa to… podstawa! Zawiera wykaz dość ogólny zagadnień podejmowanych na danym etapie edukacyjnym, ich uszczegółowienie kolejno nastąpi w programie nauczania religii oraz w podręcznikach. Mogę jednak zapewnić, że zakres zagadnień obecnych w „Podstawie…” jest na tyle rozległy, że uwzględniono wśród nich wszelkie możliwe tematy.

Ktoś może zapytać: po co w ogóle było cokolwiek zmieniać? Śpieszę wyjaśnić śpiącym królewnom i królewiczom, którzy być może przespali tzw. „dobrą zmianę”, czyli reformę oświaty, że mamy wygaszane gimnazja, edukację szkolną znów zaczynają siedmio- a nie: sześciolatki (chyba, ze rodzice zażyczą sobie inaczej), wraca ośmioklasowa szkoła podstawowa… Takie to atrakcje zafundowało nam MEN, a ponieważ nauczanie religii (tak, tak… nie: katecheza!!!) odbywa się w systemie szkolnym, to tego typu zmiany w oświacie są istotne także dla Kościoła. Wyraźnie widać to w proponowanej korelacji religii z edukacją szkolną, gdzie treści przekazywane na lekcjach religii pozostają w integralnym związku z treściami innych przedmiotów. Mogą być także uzupełnieniem dla innych lekcji, zaś w pewnych przypadkach – okazją do polemiki z tym, co przewiduje program nauczania innego przedmiotu (lub ukryty program nauczyciela).

Jeszcze inni komentatorzy będą twierdzić, że niezależnie od tej zmiany, wciąż dokument pozostanie bez większej wartości, bo pisany był przez „mądrali” na górze, którzy nie mają pojęcia o realiach szkolnych. Takich domorosłych specjalistów w zasadzie powinnam zbyć milczeniem, ale w mojej łaskawości poświęcę im akapit. Otóż po pierwsze – zespół autorów był różnorodny, nie zabrakło w nim katechetów-praktyków, osób pełniących w szkołach inne funkcje, dydaktyków, wreszcie – katechetyków. Podział na zespoły zajmujące się poszczególnymi etapami edukacyjnymi również nie był przypadkowy i zależał od kompetencji danej osoby, jej doświadczenia. Po drugie – jeśli ktoś z założenia krytykuje „Podstawę programową katechezy…” za to, że… jest, niech lepiej zrobi solidny rachunek sumienia i zwalczy swoje lenistwo. Oczywiście, że łatwiej jest prowadzić lekcje metodą „o czym młodzież chce dziś porozmawiać?” czy „co chcecie dziś obejrzeć?”. Jednak wszystkim w taki sposób zatroskanym o młodzież pragnę pogratulować – marnujecie ostatnią okazję do przekazania młodym fundamentalnej wiedzy religijnej, na której mogliby w przyszłości budować coś więcej. Poza zagadnieniami, które „dziś” interesują uczniów, jest szereg tematów, które zainteresują ją „jutro”, gdy opuści mury szkoły. Przykro będzie, gdy na progu dorosłego życia zechce odszukać w pamięci treści religijne, tymczasem w ich miejscu będzie… lista proponowanych filmów z YouTube’a.

Jeszcze inni mogą przyczepić się do wspominanych „postaw”, że pomysł może i dobry, ale teraz to dopiero zacznie się ocenianie zachowań religijnych… Za taki zarzut powinny obrazić się zastępy katechetów, którzy przecież są ludźmi z wyższym wykształceniem… Skoro napisano, że coś nie podlega ocenie, ba! nawet owo coś zostało wyniesione do innej kolumny! – to chyba naprawdę trzeba być, hm, wybitnym mędrcem, by robić inaczej. Alternatywnie mieć własne zdanie totalnie sprzeczne z polskim dyrektorium katechetycznym i zasadami oceniania z religii rzymskokatolickiej, ale na takie trudne przypadki nie ma lekarstwa… I nie wierzę, że gdyby w dokumencie nie wpisać wcale postaw, to oni by ich nie oceniali…

Autorzy „Podstawy programowej katechezy…” zdecydowali także o tym, by pierwszy etap edukacyjny w dokumencie obejmował klasy 1-4 szkoły podstawowej. Już widzę wielkie oburzenie, że „jak tak można, skoro system szkolny przewiduje edukację wczesnoszkolną w klasach 1-3, a od klasy 4ej jest już drugi etap edukacyjny? Ależ można, można… za założenia programowe nauczania religii odpowiada Kościół, więc może układać sobie materiał jak chce. Poza tym – podział na etapy 1-4, 5-8 i szkoły ponadpodstawowe doskonale pokazuje, że autorzy „Podstawy programowej katechezy…” są dobrze zorientowani w „dobrej zmianie”. Otóż klasa czwarta szkoły podstawowej pod względem przedmiotów i treści jest w PPKO swoistym łagodnym przejściem od edukacji wczesnoszkolnej o charakterze zintegrowanym do nauczania przedmiotowego. Stąd uczniowie mają przyrodę zamiast biologii i geografii, zaś historia nie jest systematycznym wykładem dziejów począwszy od najdawniejszych, ale biegiem przez epoki z uwzględnieniem najważniejszych wydarzeń, postaci…to swego rodzaju przygotowanie do nauki historii w szerszym zakresie, jaka nastąpi począwszy od klasy 5ej.

Powyżej przytoczyłam tylko kilka możliwych zastrzeżeń, jakie prędzej czy później mogą pojawić się w odniesieniu do „Podstawy programowej katechezy…”, z której zatwierdzenia cieszą się dziś nie tylko ci, którzy ją pisali, ale i trochę innych osób (sądząc po „‚polubieniach” na Facebooku). Możliwe są również zastrzeżenia, że nie przeprowadzono szerszych konsultacji… Pozwolę sobie jednak zauważyć, iż zbyt szerokie konsultacje skutecznie zahamowałyby jakiekolwiek prace, ponieważ jakże często bywa, że to, co podoba się jednym, inni bezlitośnie krytykują (analogicznie – wybierając zasłony do salonu, zapytajcie o kolor i wzór możliwie największą grupę osób… Na pewno ich opinie będą pomocne w wyborze, a wy – zadowoleni! :D) Tak też bywa w przypadku katechetów – ile osób tyle opinii, zatem na pewnym etapie naprawdę potrzeba specjalistów i jednocześnie potrzeba zaufania im. Zresztą dokument, o którym mowa, jest tak bardzo… podstawowy, że nijak nie krępuje kreatywności katechetów. Poza tym zbyt często słyszałam liczne utyskiwania i wytknięcia, po których nie następowała żadna propozycja alternatywna. Nie oznacza to bynajmniej, iż treść dokumentu nie była konsultowana – ależ była i to w gronie różnorodnych specjalistów, by mieć pewność, że nie zabrakło w niej niczego. Wszelkie uwagi, jakie napłynęły ze strony tychże osób konsultujących, zostały przeanalizowane przez autorów i uwzględnione, jeśli była taka potrzeba.

Zdaję sobie sprawę, że powyższe rozważania mogły nie zadowolić wielu i nie wyczerpały amunicji tych, którzy tak chętnie podnoszą kamień, by nim rzucić… Przypominam tylko, że „Podstawa programowa katechezy” to nie tylko część zawierająca treści i wymagania edukacyjne do realizacji w szkole w ramach lekcji religii. Są też wskazania do katechetycznej działalności w parafii i w rodzinie. Niech zatem drodzy krytykanci rozejrzą się porządnie, czy ze stron „Podstawy…”  zawierających te wskazania żaden kamień nie leci w ich stronę…

 

Komunia – ale jaka?

W ostatnim czasie sporo słyszy się, mówi, czyta i pisze na temat pierwszej Komunii świętej. Taki czas… Katecheci załamują ręce, szefowie marketów – zacierają, a rodzice – jedni odliczają dni, kiedy się zacznie (pełne uczestnictwo ich pociech w Eucharystii), inni zaś – czekają jak wybawienia tego, aż się skończy (całe to bieganie co niedzielę do kościoła, zaliczanie modlitw, chodzenie na nabożeństwa i próby).

Być może przywykliśmy już do tego, że zaraz po „majówce” i sklepowych gazetkach zachęcających do wielkiego grillowania, wpadają nam w ręce gazetki przepełnione bombonierkami w białych pudełeczkach, Bibliami – czasem nawet zatwierdzonymi przez władzę kościelną, a także wystrojonymi dziećmi dzierżącymi w dłoniach nowiutkie smartfony czy inne cuda techniki. Czasem trafią się i rowery, ale coraz częściej w takim przedziale cenowym, by chrzestni udali się wpierw po „chwilówkę” lub kupili na raty. W końcu ranga uroczystości zobowiązuje, a Komunia ma być… świetna!

Tak właśnie głosi reklama pewnego marketu elektronicznego (swego czasu śpiewnie reklamowanego przez braci Golców). Doszliśmy do czasów, kiedy Komunia dla wielu osób ma być świetna! Oczywiście nie ma niczego złego w tym, gdy ktoś dokłada wszelkich starań, by I Komunię świętą charakteryzowała świetność pod wieloma względami. Jakże często jednak uroczystość jest redukowana do świetnej… Sale rezerwowane są na prawie rok przed wydarzeniem (kto tego nie zna -jakie jest pierwsze pytanie rodziców rozpoczynających przygotowania we wrześniu? A jakże! „Kiedy Komunia? Trzeba zarezerwować salę…). Rozumiem rezerwowanie sali, jeśli rozsądek czy warunki mieszkaniowe doradzają taką opcję, ale kiedyś przeczytałam w tej kwestii mądrą wskazówkę. Jeśli wyprawiamy przyjęcie poza domem, zadbajmy o to, by nasz bohater, czyli dziecko (co warto niektórym przypomnieć 😉 w jakiś sposób czuł się gospodarzem, a nie – „tylko” gościem, jednym z wielu. Wracając do rezerwacji – sale, zaproszenia, fryzjerów i inne usługi czy produkty mniej lub bardziej związane z I Komunią świętą załatwiane są całkiem sprawnie, z dużym wyprzedzeniem. Tylko czasem nie ma takiego pośpiechu z przyniesieniem metryki chrztu dziecka czy troski o spowiedź najbliższych przed uroczystością…

Komunia świetna… to świetne wejście do kościoła (czasem poprzedzone niecodziennym podjazdem pod świątynię wynajętym autem). Szkoda tylko, że jakże często „pierwsi katecheci”, czyli rodzice, zamiast jak Boże owieczki, zachowują się w tym kościele jak słonie w składzie porcelany. Patrząc na nich człowiek zaczyna lepiej rozumieć dzieci, a nawet współczuć… W końcu jak ci biedni, uciskani miesiącami rodzice mieli nauczyć syna czy córkę „Modlitwy Pańskiej”, skoro sami stali w czasie jej odmawiania z zaciśniętymi zębami…? (nawet, jeśli chwilę wcześniej buzia nie zamykała się z powodu nieustannej pogaduszki z sąsiedztwem w ławce). Jak mieli nauczyć dziecko gestów i postaw, skoro sami chodzą przed tabernakulum jak stado… (można w tym miejscu dodać ulubiony gatunek zwierząt hodowlanych) lub przykucają nieporadnie machając dłonią przed nosem? Jeszcze inną kwestią, którą warto poruszyć, jest strój szanownych rodziców… Nie jest rzadkością, iż sukienka mamusi bywa w tym dniu odwrotnie proporcjonalna do długości sukni córki, co bywa tragikomiczne, gdy rodzicielka przyjmuje najdziwniejsze pozy próbując pstryknąć swej pociesze jak najpiękniejsze zdjęcie. To nic, że w momencie, gdy nie powinna tego robić, a ksiądz apelował, by w czasie uroczystości działał tylko fotograf z licencją… Mamusia zapłaciła składkę, więc – jak to bywa w branży handlowo-usługowej – klient nasz pan…

Komunia świetna… świetne jedzenie, świetna impreza, goście bawili się świetnie… No i ten świetny humor, że nareszcie koniec!! Czyż może być lepszy powód do radości? Cały rok męczyli się i teraz wreszcie mogą odpocząć…

A może by tak wprowadzić jeszcze inną, drobną modyfikację…? Części osób proponuję, by na swoje potrzeby (bliższe sercu, niż sakrament Eucharystii), organizowali sobie spotkania we własnym zakresie, totalnie nie związane z I Komunią świętą. Spotkania wspólnoty (komunii) osób, które nawet jeśli kiedyś były ochrzczone, to dawno już tę wiarę porzuciły… Albo tych, którzy jeżeli nawet dla pięknych zdjęć lub świętego spokoju przyjęli sakrament małżeństwa i ochrzcili dzieci, to tak na serio nie zamierzają tychże dzieci po katolicku wychować (wszak z pustego i Salomon nie naleje…). Niechże rezerwują sale w dowolnym momencie nie obawiając się, że ktoś im zajmie… niechże rezerwują nawet w piątki – wszak wtedy są zniżki, stąd ostatnio moda na piątkowe śluby i wesela… Jakiż komfort psychiczny i oszczędność czasu! Żadnego przepytywania z modlitw, żadnego biegania po „Ziarenka” czy podpisy do indeksu, strój dla dziecka jaki kto tylko sobie wymarzy… Czyż dla wielu osób nie byłoby to dobre rozwiązanie? Pomyślmy też jak my – katecheci i/lub wierzący rodzice – mielibyśmy komfortowo…  Żadnego tłumaczenia, dlaczego Jaś – skoro mówi, że nie chodzi do kościoła – i tak przyjmie pierwszą Komunię, a Małgosia deklaruje, że mama obiecała wypisać ją z religii w czwartej klasie?

Ludzie, nie męczcie siebie i nas! Róbcie sobie swoje… komunie świeckie!

„Być” czy „mieć” naukowca…

 

Z różnych względów zdecydowałam się na wyrażenie mojego stanowiska wobec tzw. „punktozy”, czyli pogoni za punktami za działalność naukową, które to punkty mają później przełożenie na ocenę pracownika. Czy bowiem rozprzestrzeniająca się w środowiskach akademickich „punktoza” nie sprawia, iż w niektórych przypadkach mniej liczy się chęć, aby „być” naukowcem, a bardziej – „mieć” dziesiątki, setki… itd. punktów? Oczywiście, jedno z drugim można pogodzić, ale warto zastanowić się, na ile sami naukowcy wolą „być” niż „mieć”…

Nie od dziś spotyka się w gronie naukowców narzekanie na to, że naukę ogarnęła choroba zwana „punktozą”, a pracownicy „toną” a papierach, które bynajmniej nie są próbkami kolejnych tekstów odzwierciedlających ich poszukiwania naukowe, ale dokumentacją towarzyszącą wszelkim inicjatywom. Poniekąd podzielam te narzekania – istotnie, najbardziej ubolewam nad tym, że rozmaite wnioski, sprawozdania i tym podobne atrakcje zabierają mi czas, który chętnie spędziłabym na pisaniu artykułów naukowych. Tak bowiem wyobrażam czy rozumiem działalność naukową – jako nieustanne poszukiwanie rzeczy nowych, odkrywanie kolejnych obszarów badawczych, zapoznawanie się z osiągnięciami innych, pogłębianie refleksji nad bliskimi mi zagadnieniami, a następnie dzielenie się tym dorobkiem poprzez wystąpienia na konferencjach, publikacje naukowe i zajęcia ze studentami. I tu niestety wodze mojej wyobraźni jakże często są powściągane przez rzeczywistość…

Nie zliczę nawet, jak wiele miałabym pomysłów na ciekawe konferencje, warsztaty, seminaria badawcze… Miałabym, gdyby nie fakt, że w świetle rozmaitych wymagań większość z nich nie liczyłaby się lub liczyła się nieznacznie. Jeśli bowiem konferencja nie miałaby statusu ogólnopolskiej (czyt. takiej, w której aktywnie uczestniczyliby przedstawiciele pięciu ośrodków naukowych) lub międzynarodowej (czyli takiej, w której 1/3 prelegentów jest afiliowana w zagranicznych ośrodkach naukowych) – w ocenie pracownika naukowego nie miałaby znaczenia. Szkoda, bo przecież nie brak mądrych ludzi w różnych dziedzinach, którzy może niekoniecznie są przedstawicielami ośrodków, ale dysponują dużą wiedzą i doświadczeniem, co zwłaszcza w obszarze nauki o wymiarze praktycznym jest cenne. Idąc dalej tym tokiem myślenia – to nic, że chciałabym dzielić się własnym doświadczeniem i przemyśleniami z ludźmi, którzy nie są „z mojej branży” – można rzec fachowo – chciałabym upowszechniać naukę, jednak piśmiennictwo popularnonaukowe nie jest zbytnio cenione. W sensie naukowym nie chodzi już więc nawet o to, „aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”, ale aby te myśli przybrały kształt co najmniej 20 000 znaków ze spacjami (wtedy artykuł jest liczony jako naukowy, do tego najlepiej zamieszczony w wysoko – a jakże! – punktowanym czasopiśmie).

I tak oto „punktoza”, która – może w zamyśle sprowadzających na naukowców chorobę – miała przyczynić się do rozwoju nauki, w mojej opinii niszczy ją, ogranicza, narzuca jej własne ramy sprzyjając przerostowi formy nad treścią.

W „punktozie” należy też doszukiwać się przyczyn zainfekowania organizmów naukowych tendencją „mieć”, która zdaje się przeważać nad „być”. „Być naukowcem…” – to brzmi dumnie: intelektualne elity itp. Tymczasem coraz częściej obserwuję skłonności do zbieractwa, owocujące tym, że naukowiec nie tyle „jest miłośnikiem prawdy, skupionym na pogłębianiu refleksji i dzieleniu się w gronie osób jemu podobnych”, ile… „ma plik zaświadczeń o wygłoszonych referatach, napisanych publikacjach…”. Nie jest to przesadą, gdy przywołamy jakże często towarzyszące planowanym przedsięwzięciom pytanie: „A będzie za to zaświadczenie?”.

„Punktoza” nie ma względu na osoby – dotyka zarówno zacnych profesorów tytularnych, jak i doktorantów. Świadomość uzyskania zaświadczenia i dopisania kolejnej prelekcji sprawia, że niektórzy korzystają z każdej nadarzającej się okazji, by zgłosić swój udział w konferencji. W przypadku doktorantów sprawa jest o tyle bardziej przykra, że już w punkcie wyjścia „psuje się” ich koncentrując uwagę na korzyściach płynących z zajmowania się nauką (i nie mam tu na myśli korzyści intelektualnych, a choćby materialne – kolekcjonerzy zaświadczeń mają więcej punktów np. przy staraniu się o stypendia).

Przy okazji warto dodać, że czasem wirusy „punktozy” zaburzają świadomość czasu – kto z naukowców nie spotkał się z sytuacją, w której prelegent – mimo, iż był świadom, że jego czas wystąpienia został określony przez organizatorów – nagle jakby „nie liczył godzin i lat”? Mimo upomnień prowadzących, „kończąc” jeszcze przez pięć minut wypowiada dwadzieścia zdań (zaznaczając przy co drugim, że to już ostatnie…).

Od kilku lat obserwuję jeszcze inne realne zagrożenie dla „być” naukowców. Wyobraź sobie, drogi Czytelniku, że jesteś naukowcem… (jeśli faktycznie nim jesteś – sięgnij do swojej pamięci 🙂 Stoisz w auli, przy mównicy, dzielisz się swymi najnowszymi odkryciami naukowymi, masz do przekazania arcyważne rzeczy, a przed Tobą… przepraszam, że psuję te wyobrażenia, ale nie, nie, nie… przed Tobą nie siedzą wcale zasłuchane rzesze innych naukowców, doktorantów i studentów, ale garstka osób odwrotnie proporcjonalna do liczby miejsc siedzących. Jaki ma to związek z „punktozą” i „mieć”? Bardzo oczywisty – organizuje się przerażająco wiele konferencji, w których uczestniczy garstka osób! Zdarza się nawet tak, że prelegentów jest więcej niż słuchaczy. Bądźmy poważni! Oczywiście, zagadnienie jest złożone – czasem są to niezwykle wartościowe przedsięwzięcia, zaproszeni wybitni goście, ale nawet takie wydarzenia nie gromadzą zbyt wielu słuchaczy. Ale ta kwestia zasługuje na osobne podjęcie… (być może roboczo nazwane „studenckie „być” czy „mieć” 😉

Nieskromnie przyznam, że przed konferencją organizowaną przez moją Katedrę Katechetyki Fundamentalnej i Historii Katechezy oraz Koło Naukowe Katechetyków UKSW drżałam o to, czy przypadkiem nie pojawi się więcej słuchaczy niż jest miejsc w sali… Konferencja (międzynarodowa! 🙂 „Katecheza a człowiek jutra” odbywała się w sali 223 (dla niewtajemniczonych – to sala na 56 osób) i naprawdę pojedyncze miejsca były wolne (być może dlatego, że niektóre osoby nie wiedziały, jak trafić do sali 😉 Podobnie było w ubiegłym roku na konferencji „Katecheza a reforma oświaty”.

Taki widok napawa radością organizatora – mam wyraźne potwierdzenie tego, że to, co robię, jest potrzebne! Są ludzie, którzy interesują się bliskimi mi zagadnieniami, chcą wiedzieć więcej, dyskutować… Wtedy czuję się spełniona, a moje bycie naukowcem (właśnie… bycie!) ma sens! I dla takich chwil, dla takich radości i takich konferencji zamierzam bronić się wszelkimi sposobami przed „punktozą”! Owszem, zdobędę liczbę punktów konieczną do uzyskania pozytywnej oceny, ale nie kosztem zatracenia swojego „bycia” naukowcem! Nie zaprzedam naukowej duszy i mojego „być”, choćbym mogła za to „mieć” nie wiem jak dużo punktów!

Projekt wywołujący projekcje

Postanowiłam odkurzyć mój blog w związku z dyskusją, jaka rozgorzała wokół projektu zmiany rozporządzenia MEN w sprawie organizowania nauki religii. Zdarzyło mi się wypowiedzieć w tej kwestii tu i ówdzie, jednak – jak to bywa w mediach – moja wypowiedź była ograniczona liczbą znaków ze spacjami lub czasem antenowym, zatem wypowiedź „na własnym podwórku” będzie pozbawiona wszelkich ograniczeń i pozwoli mi na pełne wyrażenie myśli. Zależy mi na tym, bowiem projekt wywołuje zachwyt jednych i oburzenie pozostałych, przy czym zarówno zachwyceni, jak i oburzeni znajdują się „po obu stronach barykady”. Za szczególnie niebezpieczne uważam głosy z grona katechetów i katechetyków, szerzej zaś – osób deklarujących się jako wierzące, które w proponowanych zmianach widzą jakiekolwiek zagrożenie czy przesadę. Wobec postępującego w społeczeństwie braku umiejętności czytania ze zrozumieniem uspokajam – projekt zakłada UMOŻLIWIENIE powierzenia wychowawstwa klasy katechecie. Wbrew doniesieniom niektórych mediów – to nie jest tak, że katecheci „mają być” czy „będą” wychowawcami w sensie obligatoryjnym. Jeśli dyrekcja uzna, że dany katecheta ma wszelkie predyspozycje do tego, by nim zostać – powierzy mu funkcje wychowawcy. Ale o szczegółach poniżej 🙂

Ponieważ sprawa dotyczy trzech środowisk bezpośrednio zainteresowanych nauką religii – rodziny,szkoły i Kościoła – można omawiać zagadnienie uwzględniając każdy z tych podmiotów, co spróbuję uczynić.

RODZINA – niezależnie od swoich poglądów i wyznania w sposób oczywisty może być zainteresowana projektem zmian. Można sądzić, iż ci, którzy zapisują swoje dzieci na lekcje religii, nie będą mieli nic przeciwko temu, by katecheta stał się jednocześnie wychowawcą. I tu pierwsze zaskoczenie, ponieważ na forach, w mediach społecznościowych spotykamy się z opiniami, iż „to zbyt wiele”. Oczywiście w naszym systemie edukacji udział w lekcjach religii nie jest równoznaczny z deklaracją wiary (wszystkich, którzy w tym momencie złapali się za głowę, odsyłam na wykład z katechetyki fundamentalnej w dobrym wykonaniu lub zapraszam na priv 😉 Bardziej zrozumiałe są obiekcje rodziców, których dzieci nie uczestniczą w lekcjach religii. Obawiają się oni, iż katecheta-wychowawca będzie indoktrynował ich dzieci, przeprowadzał lekcje religii pod płaszczykiem godzin do dyspozycji wychowawcy, traktował gorzej ze względu na brak wiary czy inne wyznanie. Zastanówmy się nad zasadnością takich założeń. Każdy wychowawca ma ukształtowany światopogląd – obawiałabym się wręcz takiego, który go nie ma. Sięgając pamięcią, w jakim stopniu nasi szkolni wychowawcy wpływali na nas, na nasze przekonania? No właśnie… A na ile wykazywali oni troskę o nasze dobro, o kształtowanie nas, wpajanie pewnych uniwersalnych postaw? Tu już zdecydowanie przytakniemy. A teraz patrząc od strony rodzica – jaki mam wpływ na działania wychowawcze szkoły wobec moich dzieci? Jawność programu wychowawczo-profilaktycznego, przedstawiciel każdej klasy w Radzie Rodziców, opiniowanie podczas zebrań planów wycieczek, imprez – hmm… całkiem nieźle… Do tego możliwość odmowy udziału moich dzieci w imprezach, których charakter mi nie odpowiada – a przecież są takie imprezy! Jednym nie pasują jasełka, innym halloween i zbiórka na WOŚP! A dlaczego w szkole jest miejsce na jedno i drugie? Choćby dlatego, że szkoła jest publiczna (a nie żadna „świecka” mimo, iż niektórzy idąc w ślad za swymi marzeniami tak ją przezywają). Publiczna, zatem społeczność lokalna ma realny wpływ na to, co w tej szkole będzie się działo. Co więcej, szkoła jest instytucją wspierającą (a nie – wypierającą) rodziców w wychowaniu. Jak zaś wykazują statystyki (choćby ostatnie z roku 2015), zdecydowana większość życzy sobie wymiaru religijnego w przestrzeni szkolnej z wszelkimi tego konsekwencjami. Można tu przytoczyć jeszcze jeden argument, po który sięgano zwłaszcza w dyskusji o rzekomej świeckości szkoły i finansowaniu katechetów. Otóż społeczeństwo, z którego podatków opłacana jest edukacja (a zatem nauczanie i wychowanie dzieci), ma prawo decydować o kształcie tego nauczania i wychowania.  Decydowanie to nie ogranicza się jedynie do zapisania dzieci na lekcje religii. Wtajemniczeni wiedzą, że na ścieżce awansu zawodowego dyrektor oceniając dorobek nauczyciela (także religii), zasięga opinii rady rodziców. Wracając do kwestii projektu rozporządzenia – w uzasadnieniu MEN wyraźnie odnosi się do zapytań wnoszonych przez m.in. rodziców, którzy najwyraźniej oczekiwali tego, by katecheta również formalnie stał się wychowawcą ich dzieci. Szczególnie, iż zdarzało się, że tę zaszczytną funkcję pełnił…

I tu przechodzimy na grunt SZKOŁY. Mówiąc o wychowawstwie klasy i katechetach, można rzec, iż „na początku tak nie było”. Owszem, był zapis o tym, iż katecheta wchodzi w skład rady pedagogicznej, nie przyjmuje jednak obowiązków wychowawcy klasy. Zapis ten należy widzieć we właściwym kontekście – po wejściu religii do szkół różnie było z kwalifikacjami katechetów. Wobec nagłego zapotrzebowania bywało tak, że ktoś wpierw został zatrudniony, po czym uzupełniał kwalifikacje. Aktualnie nie ma takich sytuacji – katecheci muszą odbyć stosowne przygotowanie pedagogiczne do nauczania religii (niezależnie od tego, czy są osobami świeckimi, siostrami lub braćmi zakonnymi czy księżmi, zatem nieprawdziwe są zarzuty o braku kwalifikacji). Na przestrzeni minionych lat zmieniła się interpretacja zapisu – z rozszerzającej na zawężającą. O ile rozszerzająca dopuszczała wychowawstwo nauczycielom religii, którzy jednocześnie uczyli innego przedmiotu – choćby w wymiarze jednej godziny, o tyle w świetle aktualnie obowiązującej interpretacji zawężąjącej, tzw. „dwuprzedmiotowcy” są pozbawieni możliwości pełnienia funkcji wychowawcy klasy. Jak zauważyło samo MEN, przepis domaga się zmiany, ponieważ wśród nauczycieli religii znaczące grono to osoby świeckie, jak również nauczyciele innych przedmiotów. Co więcej, patrząc na deficyt katechetów  i liczbę uczestników studiów podyplomowych z teologii, wśród których znaczna grupa to nauczyciele innych przedmiotów, należy spodziewać się sytuacji, w których nauczyciel będący wychowawcą nagle straci swoje uprawnienia do wychowawstwa, ponieważ uzupełni kwalifikacje do drugiego przedmiotu – religii. Jawna dyskryminacja i ograniczanie praw!

Warto przy tym dostrzec pewien paradoks – w świetle obowiązującego prawa oświatowego, nie ma przeszkód, by katecheta był… dyrektorem szkoły – o ile spełni stosowne wymagania określone rozporządzeniem. Co więcej, nie jest to jedynie teoria, bo zdarzają się szkoły, na których czele stoi właśnie katecheta… Oczywiście nie brak także szkół, w których katecheci są wychowawcami – do sprawy jednak nie odnoszę się, ponieważ na tę chwilę jest to sytuacja niezgodna z prawem.

Prawo zaś jest zaskakujące w omawianej kwestii – samo posiadanie kwalifikacji do nauczania religii nie wyklucza możliwości bycia wychowawcą. Jeśli bowiem katecheta jest jednocześnie np. historykiem i uczy w dwóch szkołach, to w szkole, w której uczy historii, może objąć wychowawstwo. Nie może tego uczynić w szkole, w której uczy religii. Zaskakująca schizofrenia…

Nie jest dziś rzadkością, że katecheci uzupełniają swe kwalifikacje. Może więc zdarzyć się, że katecheta nie tylko uczy religii, ale także jest szkolnym specjalistą – pedagogiem czy psychologiem, zatem jego praca ma bezpośredni wymiar wychowawczy.

Patrząc z perspektywy szkoły, bywa tak, iż katecheta ma w szkole pełny etat lub więcej godzin, zaś inny nauczyciel, np. plastyki czy techniki pojawia się w tej szkole na zaledwie kilka godzin. W takiej sytuacji dyrekcje chętniej przydzieliłyby wychowawstwo katechecie. Wiemy doskonale, że w klasach zdarzają się sytuacje wymagające natychmiastowej reakcji wychowawcy – o ile łatwiej o tę reakcję, gdy wychowawca jest na miejscu, a nie – musimy czekać kilka dni na jego pojawienie się w pracy.

Niemożność podjęcia obowiązków wychowawcy czasem sprawia, iż inni nauczyciele postrzegają nas, katechetów jako osoby mniej obciążone – na jednym z forów nauczycielskich pojawiło się stwierdzenie, że mamy „lajtowo”, bo nie dotyczą nas liczne formalności i papierologia, zebrania z rodzicami (choć przecież mamy w ich czasie dyżury!!) itp. Co więcej – wychowawstwo to jest niewątpliwa nobilitacja, pełnienie ważnej misji, ale nade wszystko to dodatkowa praca i odpowiedzialność. Jak mawiają niektórzy doświadczeni w tej materii, „dobrze jest być wychowawcą, a jeszcze lepiej nim nie być” (Dariusz Chętkowski, BelferBlog). I o co wielkie halo? O to, że będzie możliwość zrzucenia na katechetów ciężaru, który dotąd przygniatał nauczycieli innych przedmiotów?

Ponadto katecheci – analogicznie do innych nauczycieli – realizują program wychowawczo-profilaktyczny szkoły (choć czynią to w zakresie nie kolidującym z nauczaniem Kościoła). Choćby pobieżna znajomość takich programów pozwala stwierdzić, iż zwykle dotyczą one naprawdę uniwersalnych wartości i postaw i służą ogólnie pojętemu dobru uczniów. W odniesieniu do kwestii wychowawczych pojawiało się czasem pytanie, jak katecheta-wychowawca odnosiłby się do ucznia, który jest zadeklarowanym homoseksualistą? Wiem, jak powinien się odnieść – z szacunkiem należnym każdej osobie ludzkiej. Jednocześnie pytam z ciekawości – z iloma zadeklarowanymi homoseksualistami spotkaliście się w swoich szkołach? No właśnie…

Sugerowanie katechetom („ludziom Kościoła”) braku zdolności wychowawczych czy narzucanie własnego światopoglądu siłą tym, którzy nie są osobami wierzącymi, łatwo podważyć podając jako przykład szkoły katolickie. Nie jest tajemnicą, że zarówno w Polsce, jak i w krajach Europy do takich szkół posyłane są dzieci osób niewierzących, wyznawców innych religii – właśnie ze względów wychowawczych.

Skoro już o innych krajach mowa – a przecież tak chętnie spoglądają na zachód przeciwnicy religii w szkole – należy podkreślić, iż w wielu krajach europejskich nauczyciele religii mają prawo do bycia wychowawcami. Niemcy, Włochy, Hiszpania i Portugalia… – nie dyskryminują nauczycieli religii pod tym względem. W Austrii nauczyciel uczący religii oraz innego przedmiotu- również może być wychowawcą.

Zdarza się jeszcze inny zarzut – taki, iż katecheci na godzinach do dyspozycji wychowawcy w istocie będą prowadzić swoje lekcje, a przecież nie wszyscy wychowankowie muszą być zapisani na religię. Zarzut wg mnie jest mocno naciągany, do tego w złym świetle stawia obecnych wychowawców. Sugeruje się, że takie zachowania to niemal norma. Czyżby więc obecni wychowawcy byli pospolitymi wyłudzaczami dodatków funkcyjnych, a do tego nauczycielami-nieudacznikami, którzy nie potrafią zrealizować podstawy programowej na swoich lekcjach?

Z powyższym zarzutem czasem łączy się przekonanie, iż katecheta-wychowawca dawałby wyraz swoim sympatiom i uprzedzeniom poprzez ocenę ze sprawowania. Kolejny dowód na to, że osoby zabierające głos w dyskusji często nie mają pojęcia o funkcjonowaniu dzisiejszej szkoły, a własne szkolne doświadczenia sprzed dwudziestu, trzydziestu laty czynią skarbnicą wiedzy w danym temacie. W szkołach są wyraźnie określone kryteria oceny ze sprawowania, wiele szkół ma systemy punktowe, oceny ze sprawowania są omawiane w trakcie posiedzeń rad pedagogicznych… Jeśli ktoś ma wyobrażenie katechety ukradkiem wpisującego uczniowi w dziennik ocenę nieodpowiednią – to zdecydowanie nie tak!

W przestrzeni medialnej pojawia się czasem zarzut, iż katecheci podlegają biskupowi, a nie – kuratorium. Nie do końca jest to prawdziwe stwierdzenie, bo jak swego czasu pięknie to ujął ks. prof. P. Tomasik, katecheci są zobligowani do „wierności Kościołowi i lojalności wobec szkoły”. To nawet coś więcej niż lojalność, bowiem nieprawdą jest, że tylko Kościół ma władzę w zakresie kontrolowania katechetów i ich pracy. Od strony merytorycznej owszem, bo i czemu w tym względzie miałby ich kontrolować ktoś niekompetentny? Jednocześnie katecheci podlegają nadzorowi pedagogicznemu – dyrektor ma „prawo do przeprowadzenia hospitacji i kontroli metodyki nauczania oraz zgodności prowadzonych lekcji z programem nauczania” (Źródło: https://www.experto24.pl/oswiata/nadzor-pedagogiczny/dyrektor-szkoly-sprawuje-nadzor-nad-ksiedzem-prowadzacym-religie.html?cid=K000KN ). Wielce zatroskani o wychowawczą misję szkoły przeciwnicy nowelizacji rozporządzenia martwią się to, że w razie wycofania katechecie misji kanonicznej, ów katecheta natychmiast zostaje usuwany ze szkoły. Nie do końca tak sprawy się mają… Utrata misji kanonicznej nie skutkuje bezpośrednio rozwiązaniem stosunku pracy z katechetą. Jest ona równoznaczna z utratą kwalifikacji do nauczania religii. Jeśli jednak katecheta pełni inną funkcję w szkole, umowa nie musi zostać rozwiązana. Oczywiście jeśli utrata misji kanonicznej nastąpiłaby w związku z popełnieniem przez katechetę czynu dyskwalifikującego go jako nauczyciela, należy spodziewać się, iż dyrekcja rozwiąże umowę. Sam argument nie jest jednak trafiony ze względu na możliwość zaistnienia różnych sytuacji.

Wreszcie rzecz najważniejsza, jeśli chodzi o szkołę – zmiana rozporządzenia nie odbiera mocy decyzyjnej dyrekcjom szkół. Nadal to właśnie dyrektorzy ostatecznie zdecydują, komu przydzielą wychowawstwo. A jak stwierdził jedna z dyrektorek na forum: „lepiej dać wychowawstwo katechecie, niż nauczycielowi, który nie ma do tego predyspozycji!!”.

Czas przejść do omówienia tematu z perspektywy KOŚCIOŁA… Co ciekawe, w tej optyce najwięcej uwag pochodzi od samych katechetów czy katechetyków – obaw dotyczących tego, iż katecheta, który stanie się wychowawcą klasy, przestanie należycie wypełniać obowiązki nałożone przez Kościół. Oczywiście – praca wychowawcy to dodatkowy trud, ale odwołam się tutaj do już wspomnianej decyzji dyrekcji oraz zdrowego rozsądku, jak również zapisu dającego możliwość, a nie – nakładającego obowiązek wychowawstwa. Katecheci winni angażować się w życie parafii, na terenie której działają w sposób określony m.in. przez polskie dyrektorium katechetyczne. Bądźmy jednak realistami – trudno porównywać na tym gruncie obowiązki  katechety uczącego w klasach 1-3 szkoły podstawowej, przygotowującego dzieci do pełnego udziału w Eucharystii, choćby z obowiązkami katechety uczącego na drugim etapie edukacyjnym. Różnie przedstawia się też współpraca katechetów w różnych parafiach, zatem nie jest dobrze czynić uogólnienia na przykładzie własnych jednostkowych doświadczeń.

Omawiana sprawa dotyczy nauczania religii, którego podmiotem z oczywistych względów jest Kościół, ale podmiotowy charakter posiada też szkoła i to w niej organizowane są lekcje. Z tego względu argumentów odnoszących się do katechetów jako wychowawców z perspektywy Kościoła będzie nieco mniej. Ale jest jeden w moim przekonaniu podstawowy. Wprawdzie dyskusja dotyczy katechetów, jednak zanim projekt stanie się obowiązującą regulacją prawną, skupmy się na już funkcjonujących wychowawcach. Wśród nich są przecież osoby wierzące, mniej lub bardziej zaangażowane w życie Kościoła – czasem to nasi znajomi, bliscy… Czy należy rozumieć, iż wskutek nacisków mniejszości, będą oni zmuszeni do ukrywania swej tożsamości i wieszania swego światopoglądu w pokoju nauczycielskim, zanim nie wejdą do swojej klasy na tzw. godzinę wychowawczą? Czy fakt, iż jeden czy drugi uczeń zobaczy swego wychowawcę wchodzącego w niedzielę do kościoła lub czyniącego znak krzyża przy przydrożnej kapliczce, miałby przyczynić się do odwołania z tej funkcji? Czy w ramach planowanych działań wychowawczych i inicjatyw jako wychowawcy będą mieli zrezygnować z wszelkich obchodów związanych z religią, choć są one zakorzenione w naszej kulturze? Czy wreszcie jakiekolwiek reakcje na złe zachowanie i uwagi wychowawcze skierowane przez nich do dzieci z rodzin niewierzących, zostaną okrzyknięte mianem dyskryminacji i prześladowań ze względu na wyznanie?

Pytania można mnożyć… Faktem jednak jest, że projekt zmiany rozporządzenia u wielu osób wywołuje sprzeciw i obawy o zawłaszczanie przez Kościół serc i sumień ludzkich. Być może są to ich własne projekcje i sami chcieliby tymi sercami zawładnąć…

P.S. Ponieważ możliwość komentowania wpisu jest wyłączona ze względu na hurtową ilość spamu pojawiającego się na platformie, zapraszam do komentowania na facebooku lub przysyłania wiadomości: a.rayzacher-majewska@uksw.edu.pl

 

 

 

Nie zostawiać na pastwę losu…

Dosłownie przed chwilą przeczytałam tekst niejakiego ks. Rafała Pastwy. Autor krytycznie odnosi się do rozgłosu, jaki katecheci czynią wokół halloween i propozycji alternatywnych. We wstępie stwierdza, iż „Podziwia osoby, które większość swojej energii poświęcają na walkę z wydrążoną dynią. Są przekonani, że dynia skupia w sobie magiczną moc, najciemniejszą z ciemnych”. Może lepiej by zrobił, gdyby od podziwu przeszedł krok dalej – do naśladowania. Tym bardziej, że kolejne akapity bynajmniej nie potwierdzają tego podziwu.

Dalej ów autor twierdzi, iż ” A przecież każdy katecheta (i nie tylko) powinien wiedzieć, że rzeczy nie działają same z siebie – nawet medalik czy różaniec poświęcony przez księdza”. Oczywiście, że wiedzą, ale chyba ów „polski poeta, teolog i dziennikarz katolicki” winien wiedzieć, że troska i odpowiedzialność wychowawcy wyraża się w tym, że próbuje ustrzec tych, których mu powierzono od narażania się na to, co dlań niebezpieczne. Szczęśliwie ks. Pastwa widzi „ewentualne zagrożenia wynikające z implantacji Halloween”. Czy zatem to źle, że katecheci wolą zapobiegać, niż leczyć?

Kolejna kwestia podjęta przez księdza doktora, z którą nie mogę się zgodzić to stwierdzenia odnoszące się do przedsięwzięć takich jak orszaki czy bale Wszystkich Świętych. Autor stwierdza, iż „bal wszystkich świętych czy orszak dzieci ubranych w alby i pelerynki nie stanie się skutecznym narzędziem w przezwyciężaniu „nowego” rytuału w ponowoczesnym świecie”. Na pewno będzie to bardziej skuteczne narzędzie niż zaniechanie jakichkolwiek działań. Co więcej – dość długo zarzucano ludziom Kościoła, że zakazują halloween nie oferując nic w zamian. Oto więc pojawiły się wartościowe inicjatywy i okazuje się, że cięgle komuś to nie pasuje… Rosnąca liczba pochodów, orszaków i bali oraz bardziej liczny udział w nich dowodzi najlepiej, że warto…

Jeszcze jedno niezrozumiałe dla mnie stwierdzenie ks. Pastwy to to, iż „może warto zwrócić uwagę i promować to, co jest siłą i pięknem chrześcijaństwa, zamiast tworzyć kolejną akcję skierowaną przeciw komuś lub czemuś”. Zaraz, zaraz… a czy przypadkiem bale i orszaki nie są właśnie zwróceniem uwagi i promowaniem tego, co jest siłą i pięknem chrześcijaństwa? Czyż świętość nie jest tym, do czego sami zmierzamy i ku czemu prowadzimy naszych katechizowanych? Tak, czcigodny księże doktorze… Właśnie taką mamy misję – nie zostawiamy naszych podopiecznych na pastwę losu…

 

Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim katechetom dogodził…

Choć kalendarz skłania raczej do innego typu refleksji, to podejmowana przeze mnie ostatnio działalność zmusza do zastanowienia się nad tym, czego chcą katecheci? I czy w ogóle da się odpowiedzieć na to pytanie? Przecież tak naprawdę, to ilu katechetow, tyle stanowisk… przynajmniej w zaokrągleniu. Ale zacznę od początku 🙂

Ilekroć korzystałam z podręczników do religii – czy to w szkole, czy w przedszkolu – oczekiwałam, że znajdę w nich taką pomoc, która pozwoli mi na to wszystko, o czym piszą dydaktycy w mądrych księgach, rozwodząc się nad rozlicznymi funkcjami podręcznika szkolnego. Podstawowe dla danego tematu treści, zainteresowanie zagadnieniem, ćwiczenia, zachęta do refleksji, skłonienie do dalszych poszukiwań, do tego ciekawa szata graficzna, atrakcyjne z punktu widzenia odbiorcy ilustracje… Mało co irytowało mnie tak bardzo, jak konieczność pracy z podręcznikiem odziedziczonym „w spadku” po poprzednim katechecie – zwłaszcza, gdy naruszał on prawa biskupa na danym terenie czyli był innym podręcznikiem niż nakazany 🙂 Bardziej chyba tylko złościło mnie, gdy ów nakazany okazywał się wyjątkowo nietrafiony…

Ale skoro już o trafieniu czy nietrafieniu mowa… Czegóż może oczekiwać od podręcznika katecheta, dajmy na to – uczący w przedszkolu? Biorąc pod uwagę, że i tak biedaczyna naszuka się pomocy dydaktycznych, nawycina i nakoloruje, to można sądzić, iż marzy o takim podręczniku, w którym dzieci będą miały co robić. Interesujące ćwiczenia, koniecznie z naklejkami przynajmniej co kilka stron, do tego mądre polecenia, które będą wspierać wszechstronny rozwój dziecka… W każdym razie katecheta ucieszy się z książki, znad której połowa dzieci nie zawoła po minucie „juuuuż”, podczas gdy on sam nie zdąży nawet jeszcze pozbierać swoich zabawek… Tak przynajmniej sądziłam…

Niestety… wśród katechetów są jeszcze „oni”. „Oni”, którzy recenzują podręcznik na podstawie ilości stron, ilość tekstu, poleceń… Nawet nie spojrzą, jakie są te treści, jakie polecenia… ważne, że jest ich „za dużo”. Tną wzrokiem bezlitośnie kolejne wersety, w tym także biblijne, bo przecież dziecko małe to mało potrzebuje… Ach, jeszcze mają w zanadrzu koronny argument – „bo w innych podręcznikach jest mniej…”. Pełnię satysfakcji osiągają zadając dzieciom jedno jedyne zadanie zamieszczone w podręczniku. Prawdopodobnie preferują polecenia proste, które dziecko jest w stanie samo zrozumieć (np. pokoloruj według wzoru…). To nic, że dzieci zużywają już drugi komplet kredek, co drugie z nich regularnie na religii narzeka, że nie ma takiego koloru jak ten, którego użyli autorzy… co trzecie przebąkuje pod nosem, że nie znosi kolorować… Nic to… katecheta, o którym piszę, wie lepiej… przeszkolaki powinny lubić kolorowanie.

Załóżmy, że autor podręcznika niechętnie, lecz wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom tych ostatnich, o których mowa… Zredukuje liczbę poleceń, skróci teksty do niezbędnego minimum, wytnie, co się da… A po pierwszym miesiącu usłyszy, że (inni) katecheci narzekają, bo mają za mało materiału i muszą szukać dodatkowych kolorowanek, kopiować zadania… Moja wyobraźnia podsuwa taki scenariusz, wielce prawdopodobny. Póki co faktem jednak jest, że ostatnią noc spędziłam na cięciu materiału już przygotowanego, bo pojawili się domorośli recenzenci, chcący uchronić przedszkolaki przed ogromem treści. Czy jednak teoretycznie chroniąc tych najmniejszych, nie odsłonili przypadkiej swojej… (katechetycznej) małości?

Ja tylko pytam 🙂 Odpowiedzi czytelnik udzieli sobie we własnym zakresie 🙂